Pieszo i pociągiem z działki do pracy

Od dawien dawna lubię piesze wędrówki. Po miastach, miasteczkach, wsiach i lasach. W miejscach zarówno reprezentacyjnych jak i zwyczajnych, tzw. nieciekawych, tam gdzie "nic nie ma".

A że jest okazja, to korzystam. Okazja, bo wakacje, dzieci i działka to często dobre połączenie. Szczególnie z dodatkiem wielodzietności oraz wielopokoleniowości.

Zatem przez pewien czas prawie codziennie łączę dojazdy do pracy pociągami z kilkukilometrowymi marszami z podmiejskiej działki (jak to, to nie samochodem???).

Jest pięknie. Te kolory, zapachy, wspaniałe powietrze, poranne mgły i wschody słońca.


W lesie latem jest mnóstwo jedzenia. Grzyby, jeżyny, maliny i jagody. Aż czasem szkoda to wszystko mijać, gdy się człowiek spieszy.

Powietrze jest cudne. Ciekawostka: gdy przejedzie jeden samochód, to spaliny czuje się minutę. Jeśli jeden samochód tak czuć, to jak dopiero wpływają na nas dziesiątki czy setki tysięcy pojazdów w miastach.  Podobnie jest z dymem papierosowym - dym tylko z jednego papierosa czuć w lesie intensywnie i bardzo długo. To aż szokuje.

Najwcześniej wychodziłem około 4:48, żeby jak najwcześniej wrócić. O tej godzinie było pustawo. Nawet psom nie chciało się mnie oszczekiwać zza bram. Za to już o 5:40 spotkałem lisa. Szybko zwiał. Żurawie widziałem około 5:50. O 6:00 ktoś jechał autem do miasta i się przy mnie zatrzymał: "niech Pan wsiądzie, podwiozę Pana". "Nie, dziękuję, mam tu trening, niech Pan wysiądzie i pomaszeruje ze mną". "To może od jutra".

O innej porze spotkałem też sarny, bociany, jaszczurki, zaskrońce. No i zwierzęta gospodarskie.

Gdy próbowałem bardziej dzikich tras, to raz zrzuciłem z siebie kleszcza. Szybko go zauważyłem więc się nawet nie wgryzł. (Nie chodzi się w sandałach i krótkich spodenkach tam, gdzie są wysokie trawy!). Komarów i gzów było więcej. Gzy to są dopiero uparte. Jak nie machnie się mocno bluzą, to rzadko rezygnują.

Wieczorem czasem przechodził jakiś pijaczek, więc samotne piesze wycieczki dla kobiet to niekoniecznie dobry pomysł.

Ze smutnych rzeczy, to widziałem, że lasy w Polsce są bardzo zaśmiecone. Będzie dużym wyzwaniem dla społeczeństwa to, by się to zmieniło.

W pociągu robię uniwersytet na kółkach: czyli czytam książki. Nic z czasu dojazdu się nie marnuje, bo dojście do pociągu też jest użyteczne (dynamiczny marsz jest ożywczy dla ciała i umysłu).

Preferowałem marsz zamiast biegu, żeby nie być spoconym w pociągu. Sprawdzała mi się też konfiguracja rower plus pociąg.

Przy innej okazji, nad morzem, bawiłem się w kilkukilometrowe marsze z plecakiem po duże zakupy dla rodziny, mniej więcej w okolicach szóstej rano. Cóż, każdy bawi się tak, jak lubi (to tylko kolejny dziwak w Internecie, przewijaj dalej ...). Trening był ciekawy, ciało intensywnie pracowało niosąc kilkanaście kilogramów.



Tutaj dygresja: 97% naukowców podpisuje się pod tym, że globalne ocieplenie jest powodowane działalnością człowieka. W tej perspektywy chodzenie pieszo i inne ekologiczne środki transportu (rower, hulajnoga) to warte rozważenia opcje.

Okazuje się, że pociągi, wbrew strasznym oczom i głośnym rykom, wcale nie zjadają dzieci! Naprawdę, można nimi jeździć. A dziecko po przejściu kilku kilometrów wcale nie zadzwoni po kuratora! Tak więc, przejazd rodzinny w ten sposób na działkę może być przyjemny, samochód to nie jedyna opcja.

Chodzenie uczy dzielności. Dobrze, gdy dzieci uczą się jej od małego. Oprócz tego, wysiłek fizyczny jest dzieciom potrzebny do rozwoju umysłowego i emocjonalnego.

Ogólnie chodzenie to dla dzieci dużo korzyści. Są na słońcu i powietrzu. Bawią się na górkach, murkach i różnych przeszkodach terenowych. Zbierają patyczki i kamyczki. W lesie jeszcze grzyby i owoce leśne. Oglądają zwierzęta, robaczki i różnych ludzi. Z tego mogą powstać piękne przeżycia i wspomnienia. To po prostu potrzebny element dzieciństwa. A dla mnie to chyba potrzebny element ojcostwa.