Dwanaście sposobów na sportowe dojazdy

Był piękny, wiosenny dzień. Wracałem szybko na rowerze z pracy i czułem pulsowanie energii i zadowolenia w moim ciele. Uderzyła mnie wtedy jedna myśl: "To jest takie świetne, zachęć do tego innych. Opowiadaj, nakręcaj filmy, pisz". Szczególnie, że widziałem jak bardzo poprawia mi to całodniowe samopoczucie i jak pozytywnie wpływa na pracę umysłu i na sylwetkę. Tak bardzo chciałem podzielić się tą radością, że skłoniło mnie to do otworzenia całego cyklu o wysiłkowych dojazdach na tym blogu. Tutaj zamieszczam krótkie podsumowanie, które zacznę od demonstracyjnego filmiku:



Dojazdy wysiłkowe dzielę na dwie grupy: trenujące całe ciało oraz trenujące głównie dolne partie mięśniowe.

Grupa na trening całego ciała to:

1. Wiosłowanie na longboardzie. Bardzo wygodne. Trenuję na cztery pozycje: wiosłuję na jedną stronę, na drugą oraz odpycham się lewą nogą, a potem prawą. Moje średnie tempo podczas pojedynczego dojazdu to 12-15 km/h. Wywróciłem się tylko raz, jak uderzyłem wiosłem w koło. Wywrotka nie była groźna, bo przeturlałem się po betonie. Przechodziła wtedy koło mnie jakaś pani. Przestraszyła się i powiedziała z przejęciem: "niech pan na siebie uważa".

2. Longboard z kijkami. Sport podobny do poprzedniego, ale bardziej symetryczny. Dodatkową atrakcją jest to, że można odpychać się naprzemiennie nogą i dwoma kijkami. Tempo 12-14 km/h. Nie wywróciłem się ani razu.

3. Nordic walking. Bezpieczny, przyjemny i wygodny, choć trochę powolny. Wychodziło mi 6-9 km/h. Sprawdza się w połączeniu z komunikacją miejską.

4. Nordic running. Intensywniejsza i bardziej pobudzająca wersja nordic walkingu. Tutaj osiągałem tempo rzędu 10 km/h.

5. Nartorolki. Niebezpieczne dla początkujących. Wywróciłem się co najmniej kilkanaście razy, w tym dwa razy groźnie. Uderzyłem wtedy kością ogonową w beton. Teraz już wiem, po co się zakłada komplet ochraniaczy. Moje średnie tempo to około 11 km/h, choć z pewnością da się szybciej. Jazda bardzo przyjemna, ale pompowanie, zakładanie i ściąganie nie jest wygodne.

6. Rolki. Bardzo przyjemne, choć również niebezpieczne. Pomimo, że jazda jest bez kijków, to miałem wrażenie, że trenuję też górne partie ciała, szczególnie plecy. Wrażenia pod wieloma względami podobne do nartorolek.


Grupa na trening głównie dolnych partii mięśniowych to:

1. Szybkie chodzenie. Łatwo dostępna, bardzo minimalistyczna wersja treningu i sposobu na dojazdy. Dobra do połączenia z komunikacją miejską. Przy szybkim tempie rzędu 6-9 km/h można już się spocić.

2. Chód sportowy. Bardziej zaawansowana i wymagająca wersja chodzenia. Dobra, jeśli chcemy pracować nad techniką i nie przeszkadza nam estetyka chodu. Moje tempo: 7-11 km/h. W pewnym sensie trenujemy też górne partie mięśniowe, ale nie intensywnie.

3. Jazda na rowerze. Bezpieczny, a zarazem najszybszy wysiłkowy dojazd. Nieraz osiągałem średnie tempo na poziomie 20 km/h. Wadą jest to, że trenuje głównie nogi, zajmuje dużo miejsca oraz może sprzyjać otarciom od siedzenia.

4. Bieganie. Intensywny trening, spalający najwięcej kalorii i dający mnóstwo energii. Trenowałem głównie wytrzymałościowo, a czasem interwałowo. Z plecakiem lub bez. Tempo: zwykle około 9-12 km/h.

5. Hulajnoga. Bezpieczny i przyjemny sposób na dojazdy. Moje tempo: 13 km/h. Warto zmieniać nogi. Można dogodnie przewozić w komunikacji miejskiej. Minus: przy częstych i długich przejażdżkach ryzykujemy obciążeniem kolan.

6. Longboard. Lubię to balansowanie ciałem gdy na nim jadę. Oprócz tego jest w sumie podobny do hulajnogi, tylko że bez uchwytu na ręce. Longboard ma jeszcze jedną zaletę: gdy wchodzę z nim do sklepów, to mnie nie przeganiają.

Sam nie emitowałem spalin, ale podczas jazdy nosiłem zwykle maskę antysmogową. To ważne, bo podczas wysiłku wdychamy znacznie więcej niż normalnie.

Po dotarciu brałem prysznic i zmieniałem ubranie.

Nie próbowałem roweru wioślarskiego (ceny są na razie za wysokie), biegów w butach bionicznych (to takie buty do skoków; wydawały mi się zbyt niebezpieczne) oraz tzw. "freeline skates" (mini rolki, których nie trzeba przyczepiać do stopy; wydawało mi się, że na nierównych chodnikach raczej się nie sprawdzą). Oglądałem też wiele innych podobnych wynalazków. Choć zadziwiały mnie pomysłowością, to mało który był dla mnie przekonujący.

Rozważałem jeszcze hulajnogę elektryczną, rower elektryczny oraz Onewheel. To są ekologiczne i wygodne sposoby podróżowania, natomiast wadą jest brak wysiłku. W pewnym sensie są to "mini samochody". Być może wyprą kiedyś część samochodów, szczególnie w zakorkowanych miastach.

Opisanie tego wszystkiego sprawiło mi dużą przyjemność. Trochę mi jednak smutno, bo mam wrażenie, że przekonałem zaledwie jedną osobę do pojedynczego spróbowania nordic walkingu. Nie wiem nawet, czy się jej to spodobało, bo kontakt się urwał. No cóż, może jeszcze uda mi się kogoś zachęcić :).



12 komentarzy:

  1. Hm. Może ludzie preferują jednak dojazdy do pracy (a na pewno odjazdy z pracy), zamiast dobiegów. Jeszcze nie ta mentalność. No i widzisz!? Masz jak Norwid, gdy ten pisał o Polsce:
    "Kraj! - - gdzie każdy-czyn za wcześnie wschodzi,
    Ale - książka-każda... za późno!"
    Do spółczesnych (Oda)

    Ale nie emigruj! :)

    Natomiast to, co demonstrujesz jest możliwe w czasie wolnym-rekreacyjnym. I wielu ludzi stosuje opisane przez Ciebie metody przemieszczania się.

    Teraz może czas na drugie podejście: wszystko wokół wiruje, świat do przodu gna, a Ty sobie ino siedzisz. No ale tu już trzeba będzie uwzględnić z pięć tysięcy lat buddyjskich doświadczeń.
    Zatem, Henryku! Usiądź! Daj światu odpocząć.

    Siedzący Byk - Ale po długim spacerze!

    OdpowiedzUsuń
  2. Tylko czy w tym czasie wolnym faktycznie starczy czasu na te ćwiczenia? :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam, śledzę Twój blog od dawna, tym bardziej cieszę się że "wróciłeś" do blogowania.
    Nigdy jednak nie pokusiłem się o komentarz, do dzisiaj. Dlaczego? Ponieważ, jestem z tej kategorii czytelników, którzy raczej nie komentują a tylko czytają, co absolutnie nie oznacza że materiał jest nie interesujący! Wręcz przeciwnie, Twój blog spowodował że postanowiłem dokonać zmiany w swoim życiu, również w kwestii "dojazdu do pracy". Dlatego też, to że nie ma namacalnych dowodów (np. komentarza itp.) na to, że treść Twojego bloga przekonała kogoś do zmiany np. sposobu dojazdu do pracy, wcale nie oznacza że takiego efektu nie ma. Po prostu jakiś czytelnik, jest na tyle minimalistą, że nawet nie pokusił się o komentarz i podziękowanie za Twój blog. Dlatego też, nadrabiam to niedociągnięcie i w imieniu swoim i innych niekomentujących czytelników, DZIĘKUJĘ.
    P.S. i czekam na kolejne wpisy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja ze swojej strony podziękuję za ten komentarz. Wszelka informacja zwrotna jest pomocna dla autora bloga: że coś się spodobało i postanowiliśmy to wcielić w nasze życie lub że np. czegoś spróbowaliśmy i się nie spodobało. To pierwsze jest miłe i zachęca do kontynuowania pisania, to drugie pomaga autorowi lepiej dostosować treść do wymagań czytelników.

      Chętnie się dowiem szczegółów o Twoje zmiany w kwestii dojazdów do pracy i nie tylko.

      Pozdrawiam.

      Usuń
    2. Odnośnie moich zmian, to dużo by tu pisać :)
      Zacząłem, jak zapewne większość osób, od postawienia sobie pytania. Po co to wszystko ? Co mogę zmienić w swoim życiu, aby było pełniejsze i lepsze. Przecież życie jest zbyt krótkie, by tracić te cenne chwile na rzeczy nieistotne. Jest zbyt ulotne, by pokonywać je tylko pozornie. Goniąc za iluzorycznymi potrzebami, rzeczami których nie potrzebujemy i wchodzić w relacje z ludźmi które nie przynoszą nam niczego dobrego.
      Jak już zadałem sobie to pytanie, to zainteresowałem się m.in. minimalizmem, i trafiłem na Twój blog.
      Aby jednak nie przedłużać, co zmieniłem, poza ogólnym podejściem do życie którego nie sposób w prosty sposób opisać:
      - całkowita rezygnacja z TV, gazet itp. Telewizor służy mi tylko do oglądania dobrych (wg. mnie) filmów i programów (YouTube) od czasu do czasu. A istotne wiadomości i tak do mnie trafiają, nawet jak nie chcę ich poznawać :);
      - pozbycie się zbędnych rzeczy,
      - zdrowsze odżywianie (cały czas walczę z jedzeniem słodyczy, ale zmierza w dobrym kierunku),
      - eliminacja alkoholu,
      - wcześnie wstaję ok. 5:00 - 5:30,
      - zimne prysznice,
      - no i to od czego powinienem zacząć, dużo częstsze korzystanie z alternatywnych sposobów przemieszczania się, również do pracy, ale póki co nic nadzwyczajnego (przede wszystkim więcej chodzę pieszo i jeżdżę rowerem) wszystko zależy od okoliczności i ew. potrzeb w pracy. Często muszę jechać dalej i wtedy samochód jest jedyną alternatywą. A pokłosiem Twoich ostatnich wpisów jest plan spróbować przemieszczać się hulajnogą oraz zainwestować w kijki i spróbować Nordic walking.
      To tyle pokrótce.
      Pozdrawiam.

      Usuń
    3. Niezła historia, dużo wcieliłeś w życie :). Nawet zimne prysznice się udało :).

      Hulajnoga i kijki to nieźli kandydaci na następny krok.

      Pozdrawiam :).

      Usuń
  4. Ja jestem największym zwolennikiem roweru, a w zimniejsze miesiące (bo tu faktycznie pracują głównie nogi a cała góra stoi) preferuję szybkie spacery. Chętnie bym wykorzystał jedną z opcji w celu dotarcia do pracy, ale pracuję w swoim mieszkaniu, więc co najwyżej mogę zrobić sobie przerwy na taką aktywność.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Można też spróbować niektórych z tych opcji, by pójść do sklepu :).

      Usuń
  5. Cześć! Ja przez dobre kilka lat dojeżdżałem rowerem do pracy, zaczynając od 2-3 dojazdów w tygodniu, kończąc na 5 i praktycznie całkowitym skasowaniu pojęcia "sezon rowerowy". Od 2 lat pracuję niemal całkowicie zdalnie. Mam świadomość, że to do ruchu nie motywuje, więc za punkt honoru stawiam sobie, że czas który normalnie poświęciłbym na dojazdy (i stanie w korkach...) przeznaczam na trening (bieganie, basen, rower, siłownia, zależy na co mam ochotę). Efekty zdrowotne po niemal 2 latach? Niesamowite!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, nie ma czegoś takiego jak sezon rowerowy :). Jak jest zima, to wystarczy się tylko odpowiednio ubrać.

      O, u Ciebie też są niesamowite efekty zdrowotne od ruchu. Przy takiej okazji wymienię jeden z moich: budzę się rano zanim zadzwoni budzik i wręcz "wyskakuję" z łóżka (nie mam problemu typu "jeszcze pięć minut").

      Usuń
  6. Cudownie jest wiedzieć, że jest więcej takich "pozytywnych wariatów"! Sam dojeżdżam do pracy i wszędzie gdzie się da rowerem, a dojazdy te przeplatam szybkimi spacerami. Właściwie od ruchu jestem już uzależniony, nie wyobrażam sobie dnia bez porcji zmęczenia. Twój wpis sprawił, że zaczynam rozważać kupno hulajnogi - choć kupuję coś rzadko, bo w kwestii posiadania rzeczy zdecydowanie lubię radykalny minimalizm :) Pozdrawiam i dziękuję za super blog!

    OdpowiedzUsuń

Zachęcam do napisania komentarza :). Chętnie je czytam. Jeśli chcesz komentarzem zareklamować swoją stronę, to proszę upewnij się, że faktycznie przeczytałeś wpis, a Twój komentarz ma co najmniej kilka zdań. Zwiększy to szansę na publikację :).